+48 887 220 007

Szukaj

Profesor Serce

Category: Aktualności
on 14 listopad 2017
Odsłony: 5124

Dziś mija 4 lata od ukazania się reportażu Izy Michalewicz. Sprawdziliśmy, trafił do archiwum. Dziwne, że akurat ten, bo wcześniejsze i późniejsze nadal są. Choć może wcale nie powinno nas to dziwić. Prawda, która została w nim opisana zapewne niektórych zabolała mocno, choćby fakt, że wyszła na jaw. Takich historii jak te opisane w reportażu znamy jeszcze setki. Przekonani, że artykuł Michalewicz do archiwum nigdy trafić nie powinien zachęcamy do jego lektury.

Profesor Serce

Autor: Iza Michalewicz

Münster, wrzesień 2013. Profesor zaczyna swój codzienny obchód przed siódmą rano. Odwiedza każde zoperowane przez siebie dziecko, żeby posłuchać, jak oddycha. Niemcy zamontowali mu urządzenie, które na komputerze w gabinecie pokazuje pracę serca pacjentów, przez co profesor jest trochę spokojniejszy. Ale wieloletni nawyk doglądania dzieci od samego rana pozostał. Zagląda najpierw do Amelki.

Amelka (6,5 roku) urodziła się ze złożoną wadą aortalną. Jest po czterech operacjach serca. Siedzi teraz w szpitalnym pokoju przed laptopem i szczebiocze z koleżanką. Obok szczęśliwy tato. Rodzina pochodzi z południa Polski.

- Kiedy Amelka się urodziła, lekarze kazali wezwać księdza, żeby ją ochrzcił. Trafiła do szpitala w Prokocimiu. Tam dwa razy zoperował ją profesor Malec. Ale odszedł z kliniki, a Amelka nadal potrzebowała szybkiej pomocy. Ówczesny ordynator kardiochirurgii dziecięcej prof. Janusz Skalski polecił zoperować córkę dopiero po świętach, za trzy miesiące. A już przeszło miesiąc czekaliśmy na operację. Kiedy żona do mnie zadzwoniła z tą wiadomością, ja, twardy facet, rozbeczałem się. Jak ma się dziecko z wadą serca, każdy dzień jest jak darowany. Mojej Amelce ktoś na raty odbierał życie.

Mama Amelki: – Wtedy znaleźliśmy profesora Malca. Po odejściu z Prokocimia operował w Monachium. Odpisał natychmiast: „Przyślijcie mi badania i echo serca”. Ale szpital ociągał się z wydaniem dokumentów. Kazano mi napisać podanie i miesiąc czekać. Wpadłam w rozpacz. O drugiej w nocy postawiłam na czatach koleżankę i poszłam do dyżurki pielęgniarek.

Ojciec: – W tym czasie gnałem co sił samochodem sto kilometrów do Krakowa.

Matka grzebie w kartotece, szukając dokumentacji córki. Cyk, cyk – fotografuje po kryjomu, w strachu, że pielęgniarka wróci. Ojciec dziewczynki odbiera aparat i tej samej nocy wraca do domu. Zgrywa zdjęcia. Wysyła. Profesor pisze: „Przyjeżdżajcie. Będę operował”. Na operację w Monachium rodzice zapożyczyli się na 17 tysięcy euro. Na kolejny wyjazd, do Münster, pieniądze zebrali przez fundację.

Lekarz roku 

Na oddziale kardiochirurgii dziecięcej Uniwersyteckiej Kliniki w westfalskim Münster leży kilkanaścioro dzieci. Obok siebie polskie, niemieckie, czasem rosyjskie czy z innych krajów. Niemcy zatrudniają w szpitalu 8 tys. ludzi, w tym ponad stu profesorów, 1,3 tys. lekarzy i 2 tys. pielęgniarek. Na początku roku ta potężna machina 33 klinik i ośrodków badawczych ściągnęła do siebie z kliniki w Monachium profesora Edwarda Malca i jego prawą rękę doc. Katarzynę Januszewską. W uniwersyteckiej gazecie „Einblick” Niemcy triumfowali: „Uniwersytet zdobywa najlepszych lekarzy dla kardiochirurgii dziecięcej”.

- Chcieli ją tu odbudować – mówi prof. Malec – bo to bardzo prestiżowy uniwersytet. Przyszedłem tu, bo lubię wyzwania i zmiany. W Monachium ciągle starają się, żebym wrócił.

Niemcy doceniają geniusz polskiego kardiochirurga. Dają mu od razu stanowisko uniwersyteckiego profesora. I czterokrotnie przyznają prestiżowy dyplom jednego z najlepszych lekarzy w Niemczech (w latach 2010-2013).

Pierwsze pytanie profesora, nim przyjął pracę w Münster, brzmiało: „A jaki macie hotel dla rodziców? Bo ja będę miał wielu pacjentów z Polski.” – Z dyrektorem szpitala pojechałem go obejrzeć. Okazało się, że Niemcy wydrukowali nawet po polsku informacje o szpitalu, by pójść pacjentom na rękę. Byłem zaskoczony – opowiada.

Szpital zatrudnił profesorowi również polską sekretarkę, która obok doc. Januszewskiej pomaga rodzicom nieznającym niemieckiego.

370 polskich serc 

W Monachium w 2007 roku Malec okazał się jeszcze większym dyplomatą. Podpisując kontrakt, postawił warunek, że polskie rodziny, które będą szukały u niego ratunku, zapłacą za operację mniej niż tamtejszy ubezpieczyciel zwróci za niemieckiego pacjenta.

Mówi Barbara Sapała, matka operowanego wtedy, czteroletniego dziś Maćka: – Gdyby profesor nie wymógł na szpitalu specjalnych cen dla polskich pacjentów, zapłaciłabym nie 25, ale ponad 50 tys. euro Wiem, bo księgowość szpitala przysłała mi pomyloną fakturę.

To było bardzo korzystne dla polskich rodzin, choćby w przypadku komplikacji. Cena była stała niezależnie od tego, ile czasu dziecko spędziło w szpitalu (dziś doba na oddziale to 1,5 tys. euro).

Malec zoperował w Monachium 370 polskich dzieci. – Ale szybko zacząłem słyszeć w mediach głosy kolegów po fachu, że operując te dzieci, podważam autorytet polskich chirurgów. Że dzieci nie powinny jeździć do Niemiec, bo wszystkie wady serca można zoperować w Polsce. A przecież ja nigdy nie reklamowałem się ani nikogo nie zapraszałem na operacje do Monachium. To była wyłącznie decyzja rodziców. A ja jako lekarz nie mogłem im po prostu odmówić, widząc szansę pomocy dziecku.

W Polsce co jakiś czas odżywa debata na temat sensu wyjazdów na operacje za granicę. Mimo że z 4 tysięcy dzieci z wadami serca, które każdego roku rodzą się w Polsce, znaczny odsetek umiera w pierwszym roku życia, jeśli nie podejmie się właściwego leczenia. Na przykład dzieci z jedną komorą serca (HLHS) muszą przejść trzyetapową korektę wady. Pierwszy, ratujący życie etap, w okresie noworodkowym, drugi – w czwartym-szóstym miesiącu życia i ostatni, kiedy dziecko ma góra dwa lata.

Doc. Katarzyna Januszewska (z żalem): – W Polsce bardzo trudne do zoperowania dzieci czekają w kolejkach bez końca, bo zwykle operuje się łatwe przypadki. Z czasem w organizmie dziecka zachodzą takie zmiany, które powodują, że operacja jest trudniejsza, szansa powodzenia mniejsza albo dziecko w ogóle umiera. Rodzice czasami mówią, że mają wrażenie, że lekarze czekają, aż dziecko umrze, zamiast powiedzieć, że nie potrafią zoperować. W innych krajach lekarze uczciwie przyznają: nie umiemy pomóc, jedźcie gdzie indziej. To kwestia elementarnej uczciwości w stosunku do pacjenta.

Ojciec Amelki: – Z piątki dzieci planowanych wtedy w Prokocimiu do operacji żyją tylko moja córka i chłopiec, którego rodzice też zabrali do Monachium.

To dziecko nie poleci 

Katarzyna Weśniuk, mama Oliwki, która urodziła się bez lewej komory serca: – Gdy Oliwka miała dziesięć miesięcy, jej stan był dramatyczny. Terminu drugiego etapu operacji ciągle nie było, choć miała się odbyć cztery miesiące wcześniej. Oliwka była sina, nie miała siły jeść, nie siedziała. Wegetowaliśmy na kardiologii, wierząc, że lekarze mają jakieś plany. Po cewnikowaniu ordynator doc. Andrzej Rudziński powiedział, że przy tak cienkich tętnicach płucnych Oliwka nie ma szans na przeżycie drugiego etapu.

Weśniukowie wpadli w rozpacz. W internecie znaleźli prof. Malca, który uznał, że standardowa operacja rzeczywiście mogłaby odebrać dziewczynce życie, ale miał pomysł, jak pomóc. Rodzice zdecydowali o przewiezieniu dziecka do Monachium. I tu zaczęły się schody.

- Gdy powiedzieliśmy o tym, nagle pojawił się termin operacji. Już na następny dzień – wspomina mama Oliwki. – Nieważne, że dziecko akurat miało infekcję. Potem mieliśmy trudności z otrzymaniem wypisu. Spóźniliśmy się na samolot. Po telefonie doc. Rudzińskiego do linii lotniczych mieliśmy problemy na lotnisku.

Malec pamięta tych rodziców. – Bardzo chore dziecko zawieźli na lotnisko do Balic. Stamtąd samolot do Monachium lata pięć razy dziennie. Stali w kolejce do odprawy. Gdy przyszła ich kolej, usłyszeli, że nie wejdą na pokład. Zadzwonił lekarz z Prokocimia, że dziecko umrze w transporcie i powinno być leczone w kraju.

Oliwka dotarła do Monachium z wirusem świńskiej grypy niezdiagnozowanym w krakowskim szpitalu. W ciągu trzech miesięcy przeszła dwie operacje i cewnikowanie serca. – Wróciliśmy do domu z zupełnie innym dzieckiem – mówią rodzice. – W końcu miało siłę, żeby żyć. I pierwszy raz poczuliśmy, że komuś oprócz nas tak bardzo zależy na uratowaniu naszego dziecka. Profesor Malec odwiedzał nas w szpitalu nawet w dni wolne od pracy. Stawiał sobie krzesełko przed łóżeczkiem, siadał i czuwał.

Dziś zdjęcie Oliwki, wśród bardzo wielu innych, wisi w pobliżu gabinetu profesora.

Po wyjeździe Malca z Monachium nie zoperowano tam żadnego dziecka z Polski.

Pomocnik pielęgniarki 

Profesor Jan Oszacki, szef II Kliniki i Katedry Chirurgii słynący z błyskotliwych technik chirurgicznych, radzi utalentowanemu studentowi, żeby zahaczył się w klinice w Prokocimiu: – Oni mają kontakt z Amerykanami. Można wyjechać na stypendium, uczyć się. To idealne miejsce dla takiego ambitnego człowieka jak pan.

Jest rok 1979. Edward Malec ma 25 lat i kończy z wyróżnieniem Wydział Lekarski krakowskiej Akademii Medycznej. Jeszcze nie wie, jaką wybierze specjalizację. Mimo że jest jednym z najlepszych studentów, nie ma dla niego pracy. Oszacki umawia go z szefem chirurgii dziecięcej prof. Janem Grochowskim.

Grochowski: – Etatów nie mam, ale mogę przyjąć na studia doktoranckie.

Młody lekarz dostanie temat pracy doktorskiej z wad serca u dzieci. Kardiochirurgia dziecięca dopiero raczkowała. – Chodziłem do zabiegów operacyjnych, ale właściwie robiłem wszystko. Nawet czynności pielęgnacyjne – wspomina. – Umiałem to, bo w czasie studiów każde wakacje spędzałem w szpitalu w Brukseli. Tam przeszedłem wszystkie etapy, od pomocnika pielęgniarki, przez starszego pielęgniarza, po asystenta. Nauczyłem się robić zastrzyki, zmieniać opatrunki, myć chorego, prześcielić łóżko.

Uczeń tyrana 

Malec wie, że w ramach działań fundacji Project Hope od 1977 roku do Prokocimia przyjeżdża najsłynniejszy amerykański kardiochirurg profesor William Norwood. I uczy polskich lekarzy wypracowanych przez siebie nowoczesnych technik operacyjnych. Ale spotyka go dopiero w 1981 roku. W Polsce szaleje stan wojenny. Norwood przywozi ciężarówki sprzętu i narzędzi chirurgicznych. Jest pionierem w operowaniu dzieci z jedną komorą serca, wcześniej skazanych na śmierć (w 1997 roku odbierze doktorat honoris causa Uniwersytetu Jagiellońskiego).

Prywatnie człowiek otwarty i serdeczny, na sali operacyjnej staje się tyranem. Jednym z niewielu asystentów, który zniesie wszystkie jego ataki furii, okaże się właśnie Malec.

- Ileż razy dał mi po łapach! Wszyscy się go bali. Nawet profesor Eugenia Zdebska, twórczyni krakowskiej szkoły kardiochirurgii dziecięcej – świeć Panie nad jej duszą – wychodziła z operacji z płaczem. Potrafił wywalać asystentów z sali operacyjnej. Kiedyś, będąc w Stanach, robię doświadczenia w laboratorium, a tu dzwonią z sali operacyjnej, że mam natychmiast przyjść. Rzucam wszystko, a na sali Norwood sam przy stole, asystenci powyrzucani. „Nie mogę z tymi debilami dać sobie rady!”. Myłem się i pomagałem. Nie mogłem obrażać się na Norwooda, bo on chciał, bym pomógł mu uratować dziecko. Potem Norwood wychodził z sali i pytał jak gdyby nigdy nic: „Co dzisiaj robimy na obiad?”.

Edward Malec jeździ do USA na zaproszenie profesora. W 1984 roku w Filadelfii Norwood podpisuje papiery, że bierze za niego odpowiedzialność. Prawo w USA jest rygorystyczne. Jeśli ktoś nie ma stosownej specjalizacji, nie wolno mu nawet dotykać pacjenta. A Malec jeszcze nie ma. Dzięki Norwoodowi jednak może się uczyć. Wyjedzie do USA jeszcze kilkakrotnie. Zawsze będzie mieszkał w domu profesora. Relacja mistrz – uczeń przerodzi się w przyjaźń.

Na zjazdach kardiochirurgów lekarze będą sobie Malca pokazywali palcami: – To jest jedyny facet, którego Norwood tolerował.

Bo ci, którzy obrażali się na słynnego profesora, szybko kończyli karierę. Malec mówi dziś, że bezwzględność Norwooda była naturalna: tak się uczy chirurga. – Serce dziecka jest maleńkie jak jego piąstka. Jeden fałszywy ruch – i dziecko umiera. To nie chirurgia plastyczna, urologia czy ortopedia, że można sobie dłubać godzinami. Serce podczas operacji można zatrzymać na ściśle określony czas. Trzeba sprawnie działać. Mieć już z góry ustalony plan. Ja wcale nie jestem szybszy niż inni chirurdzy. Tylko idąc do zabiegu, nie zastanawiam się, co będę robił. Już wszystko mam wcześniej przepracowane w głowie.

Myśli pan, że przeżyje? 

Münster, wrzesień 2013. – W Łodzi kazali nam rosnąć, to sobie rośliśmy – mówi Joanna Oliniewicz-Kosatka, mama Nikodema. Jest zmęczona. Siedzi przy łóżku trzyletniego chłopca. Nikodema po urodzeniu ratował profesor Jacek Moll, znakomity uczeń prof. Zbigniewa Religi i szef kliniki kardiochirurgii Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi. Ale na drugi etap korekty jednokomorowego serca, obarczonego jeszcze dodatkowymi wadami, dziecko już się nie doczekało. Wtedy (w 2010 roku) szpital miał zaledwie siedem łóżek na sali pooperacyjnej. I kilometrową kolejkę czekających na ratunek dzieci.

- Jeździliśmy do CZMP prywatnie. Tak odległe były terminy wizyt. Nikoś ginął. Dwa razy kopnął piłkę i sapał. Gdybyśmy tak dalej rośli, to nie dojechalibyśmy już do żadnego szpitala.

Mama Nikodema mówi, że gdy pojechała na konsultację do profesora Malca, okazało się, że dziecko nie ma nawet podstawowych badań, jak cewnikowanie serca. Rodzice starali się w Łodzi, ale badanie wciąż przekładano. – W końcu udało się we Wrocławiu, gdzie rozpoznano nadciśnienie płucne. W ten sposób Nikoś stał się nieoperowalny. Ale profesor chciał go ratować. W niespełna tydzień moja firma, Work Service, zebrała 85 tys. 600 złotych.

Koszt operacji w Münster wynosił niemal 150 tys. złotych. Resztę rodzice zebrali przez fundację Cor Infantis.

Prof. Malec: – Z duszą na ramieniu zrobiłem to, co Nikodem powinien mieć zoperowane jako półroczne dziecko. Dzisiaj mógłby już być po trzecim etapie korekty. Kardiolodzy mnie pytali: myśli pan, że to dziecko przeżyje?

Obyś miał następców 

Kraków, 1994. Któregoś wieczora w Prokocimiu dzwoni telefon (Malec jest akurat na dyżurze): – Ja i profesor Castaneda – oznajmia w słuchawce William Norwood – postanowiliśmy pracować w Szwajcarii i chcielibyśmy się dowiedzieć, czy nie chciałbyś pracować z nami. Norwooda nazywa się ojcem, a Gwatemalczyka Aldo Castanedę matką dziecięcej kardiochirurgii. Malec ma już habilitację i właśnie został docentem. Prosi o urlop bezpłatny. Wie, że właśnie dostał szansę uczenia się od najlepszych na świecie.

- Wtedy rektorem był słynny profesor Szczeklik. Powiedział: „Daję panu ten urlop i bardzo się cieszę, że jedzie pan się kształcić”. Pracowałem w Szwajcarii trzy lata. Klinika mieściła się w małym miasteczku z przepięknym widokiem na Mont Blanc i Jezioro Genewskie. Przez siedem dni w tygodniu, niemal non stop, istniała dla nas tylko chirurgia.

Rozmowa z Markiem Balickim: ”Szpitale jak fabryki”
Norwood uczył Malca uprawiania medycyny. Zawsze mu powtarzał: „Jeśli jest chociaż cień szansy, to ją wykorzystaj”. A Castaneda dodawał: „Pisz prace po angielsku – po polsku nikt nawet nie będzie czytał – i ucz, żebyś miał następców”.

Pod jego okiem ośmioro lekarzy zrobi doktoraty. Doc. Katarzyna Januszewska: – Znane są historie, kiedy ktoś napisze doktorat i miesiącami czeka na poprawki. Ja swój dostałam poprawiony po trzech dniach.

Swoim asystentom Malec załatwi stypendia u Norwooda. Będą uczyli się amerykańskiej medycyny w tamtejszym szpitalu pediatrycznym. A przede wszystkim tego, jak się walczy o pacjenta. – Technika to nie wszystko. To można opanować. Chciałem, żeby nauczyli się, jak być lekarzem – mówi profesor. – Ale Norwood mnie też ostrzegał: „Pamiętaj, że troszcząc się o pacjenta, nieraz narazisz się kolegom czy personelowi. Ale to nie dyrektor, nie zawodowe koterie, ale człowiek stoi na pierwszym miejscu”.

Bujak 

Kraków, 2005. – Mówili: „Widzi pan, panie prokuratorze? Przychodzi, siedzi na tym swoim bujaku i wpatruje się w te dzieci. Po co on to robi?”. Ale ci lekarze chyba nie rozumieli, że dla nas, rodziców, taki lekarz to skarb – Jacek Wygoda, prokurator IPN, niegdyś prawa ręka Janusza Kurtyki, sięga pamięcią wstecz: – Moja córka Monika urodziła się z HLHS. Kardiolog, do którego trafiła w Prokocimiu, docent Andrzej Rudziński, zdiagnozował wadę serca, ale uznał, że nie wymaga natychmiastowego leczenia. Po czym odmówił przyjęcia dziecka na oddział, podobno z braku miejsca. Dzwoniłem do wszystkich świętych, żeby ją przyjęli. Leżała w końcu na tej kardiologii, ale nic przy niej nie robiono. Po pięciu dniach dostała zapaści. Malec, jak twierdzi, nawet nie wiedział, że takie dziecko ma być zoperowane. Gdyby wiedział, życie córki potoczyłoby się zupełnie inaczej.

Prof. Malec w prokocimskim szpitalu ma swój bujany fotel, na którym godzinami czuwa przy zoperowanych dzieciach. Bo zrobić zabieg to jeszcze nic. Najważniejsze, żeby dziecko przeżyło. Bywa, że nie wraca do domu na noc, kiedy stan dziecka jest ciężki.

- Moja córka trafiła do niego już po zapaści, a mimo to uratował jej życie. Niestety, mózg już był niedotleniony i Monika nie chodziła, nie mówiła. Zawiadomiłem prokuraturę.

Malec pamięta córkę prokuratora. – Nikt w Polsce nie chciał podpisać się pod stwierdzeniem, że lekarz zrobił błąd – opowiada. – Znałem jedną lekarkę, która – jak dostrzegała wadę serca u płodu – wysyłała matki, by rodziły w Krakowie. I ja zaraz po porodzie operowałem. Wysłałem jej dokumentację dziewczynki. Była oburzona. „Jak można się tak pomylić!” – mówiła. Potem dowiedziałem się, że powołano ją w tej sprawie jako biegłą. Już nie dopatrzyła się błędu.

Pieniądze to nie wszystko 

Malec operuje najtrudniejsze przypadki, ale wielu mówi: szarlatan, eksperymentuje.

- Tak samo kiedyś mówiono o Norwoodzie – wspomina profesor. – Dzieci umierały mu na stole jedno po drugim. Ale on, choć miał chwile zwątpienia, nie poddawał się.

Serce niemowlęcia jest małe jak jego piąstka. Jeden fałszywy ruch i dziecko umiera
W 1997 prof. Malec, będąc jeszcze w Szwajcarii, dostanie dwie propozycje: objęcia kardiochirurgii dziecięcej w Prokocimiu i kontraktu w USA u boku Norwooda. Stanie na rozdrożu. Od 14 lat jest już żonaty z koleżanką ze studiów (Małgorzata Malczewska-Malec jest dzisiaj bariatrą), mają córkę (w przyszłości urodzi się jeszcze druga). – Norwood zaprosił mnie z żoną. Polecieliśmy do USA. Właściwie już wybraliśmy dom, w którym zamieszkamy. Kontrakt opiewał na kilkaset tysięcy dolarów. Żona powiedziała, a mówiła tak całe życie: „Co postanowisz, tak będzie”. Wiedziała, że kardiochirurgia jest dla mnie pasją, ale podobnie jak ja uważała, że pieniądze to nie wszystko. Kiedy przyjechałem do Krakowa, prof. Grochowski nalegał, żebym wrócił i tu budował nowoczesną klinikę. Tak też zrobiłem.

Za pieniądze sponsorów Malec kupi aparaturę, poprawi warunki na sali operacyjnej, intensywnej terapii, wyśle swoich asystentów na stypendia do Norwooda, „żeby zobaczyli, jak operuje geniusz”. Każe kupować dzieciom pościel i rzadko jeszcze wtedy używane w szpitalach pampersy. A personelowi poleci uszyć nowe kitle. Będzie przychodził do pracy o szóstej i wychodził ostatni. Żaden z jego asystentów nie wyjdzie z pracy o 14.00, żeby dorabiać w prywatnych placówkach. Profesor wywalczy dla nich wyższe zarobki, wzbudzając tym samym zazdrość środowiska. – W 2002 roku, gdy dostałem prestiżową nagrodę Europejskiego Towarzystwa Torako-Kardiochirurgów w Monte Carlo, z którą łączyło się 10 tysięcy dolarów, pieniądze podzieliłem między asystentów.

Malec założy też stowarzyszenie Cor Infantis, żeby było konto, na które ludzie chcący wspomóc klinikę mogliby wpłacać pieniądze. Po latach stowarzyszenie zacznie być mylone z fundacją o tej samej nazwie, zbierającą pieniądze na zagraniczne operacje serca. Malec zostanie okrzyknięty tym, który zarabia na dzieciach. – Bywało, że dziennikarze dzwonili do rodziców i pytali, czy mi zapłacili – mówi. – A ja nigdy nie wziąłem ani grosza dla siebie. Gdybym wziął choć 1 euro, nie mógłbym spojrzeć sobie w oczy.

Samobójczyni 

Dzięki nagrodzie w Monte Carlo i spektakularnym operacjom Malca szpital w Prokocimiu staje się znany w Europie, a nawet za oceanem. Profesor zoperuje np. bliźnięta syjamskie z wadą serca. – Miały dwa serca, ale złączone – wspomina. – Operacja się udała, ale za długo zwlekano z rozdzieleniem dzieci. W końcu zmarły.

Niedziela, Światowy Dzień Serca. Obchody w Krakowie. Garnitur, krawat, Malec w progu domu, gotowy do wyjścia. Dzwoni telefon: – Przywieźli piętnastolatkę. Zatrzymana akcja serca. Zażyła mnóstwo leków, popiła alkoholem. Chyba chciała popełnić samobójstwo.

Malec (błyskawicznie): – To nie są leki, które uszkodzą jej organizm. Ale jakiś czas będą działały. Obłóżcie ją lodem, masujcie serce, szykujcie salę operacyjną. Już jadę.

Wyzwania nowoczesnej kardiologii: ”Z sercem w XXI wiek””Zaglądanie w serce”
Profesor zastosował nowoczesną metodę reanimacji, podłączając dziewczynę do sztucznego płucoserca, by podtrzymać krążenie i wypłukać zażyte przez nią leki. Nie wrócił już do domu. Nad ranem serce dziewczyny zaczęło bić. – Po pięciu dniach odłączyłem płucoserce, a po tygodniu niedoszła samobójczyni poszła do domu. Potem przychodziła do mnie i dziękowała.

Wydarzenie w listopadzie 2007 r. odnotuje specjalistyczna prasa medyczna. Pod sukcesem Malec podpisze też pięciu swoich asystentów.

Ale będzie już miał na zawodowym koncie sprawę dyscyplinarną. Rok wcześniej czterech docentów i jeden urolog w stopniu profesora, który nigdy z Malcem nie pracował, oskarżą go o mobbing i łamanie prawa pracy. Dwóch z nich kilka lat wcześniej było na kontrakcie w Szwajcarii. Na zaproszenie Malca. – Jestem furiatem – przyznaje profesor. – W momencie gdy dziecko zaczyna mi umierać na stole, a ktoś nie wkłada wszystkich sił w jego ratowanie, nie przebieram w słowach. Gromię asystentów tak, jak Norwood gromił mnie. Dostałem upomnienie, po czym komisja dyscyplinarna w Warszawie uznała całą sprawę za farsę i ją umorzyła. Oczyścili mnie z zarzutów. Ale niesmak pozostał.

Rezygnuję. Będę operował 

Kraków, 2007. „Dominującą grupę pacjentów kardiochirurgicznych stanowią dzieci z niedorozwojem lewej komory serca, przyjmowane z terenu całej Polski, co znacznie opóźnia leczenie dzieci z prostszymi wadami z naszego regionu (…). Pacjenci z wadami serca z naszego regionu, kwalifikujący się do zabiegu, muszą być operowani w pierwszej kolejności” – pisze do prof. Edwarda Malca dyrektor szpitala w Prokocimiu Maciej Kowalczyk.

Profesor jest wstrząśnięty. Bo to oznacza, że nie będzie mógł operować wszystkich dzieci, które potrzebują pomocy. – Zadzwonił do mnie prawnik z Warszawy: „Moje dziecko ma wadę serca, czy mogę do pana przyjechać?”. A ja na to: „Przepraszam, ale dostałem od dyrektora pismo, że obowiązuje mnie rejonizacja. Mogę operować tylko dzieci z terenu Małopolski”. I wtedy ten mężczyzna się rozpłakał. „To znaczy, że moje dziecko ma umrzeć, bo urodziło się w Warszawie?”. Powiedziałem wtedy do mojej żony: „Słuchaj, ja takiej medycyny nie uprawiam”. Całą noc nie spałem. Przyszedłem rano do szpitala i oznajmiłem sekretarce: „Z dniem dzisiejszym rezygnuję z funkcji kierownika Kliniki Kardiochirurgii Dziecięcej i funkcji wicedyrektora Instytutu Pediatrii. Proszę rozesłać stosowne pisma i zadzwonić do tej rodziny z Warszawy, żeby przywieźli dziecko. Będę operował”.

Dziecko przeżyło.

Raz w miesiącu 

Po ponad 20 latach pracy w Uniwersyteckim Szpitalu Dziecięcym w Krakowie prof. Edward Malec odchodzi. W 2007 roku zaczyna operować w Monachium, gdzie ściąga go dyrektor kliniki Uniwersytetu Ludwika Maksymiliana prof. Bruno Reichart. W polskich mediach pojawia się plotka, że dlatego Zygmunt Solorz-Żak dofinansowuje tamtejszą kardiochirurgię 100 mln euro.

- Pan Solorz, owszem, dał wielkie pieniądze, ale tamtejszemu neurologicznemu instytutowi badawczemu – zdradza Malec. O szczegółach nie chce mówić.

Jestem furiatem – przyznaje profesor. – W momencie gdy dziecko zaczyna mi umierać na stole, a ktoś nie wkłada wszystkich sił w jego ratowanie, nie przebieram w słowach
Rodzice polskich dzieci z wadami serca jadą za Malcem. O sprowadzeniu go z powrotem do kraju myśli milioner Leszek Czarnecki. Z jego pełnomocnikiem Zbigniewem Dorendą omawiają wstępnie utworzenie prywatnej kliniki. Specjalnie dla profesora. – Ale w końcu powiedziałem, że nie mógłbym pracować w tej klinice. Bo prywatna. Bałem się, że nie udźwignie kosztów. Kardiochirurgia to droga inwestycja. Ja pracuję w klinikach uniwersyteckich, gdzie pacjentom koszty pokrywa ubezpieczyciel.

Raz w miesiącu Malec przyjeżdża do Krakowa i przyjmuje po kilkadziesiąt dzieci. By rodzice nie musieli jeździć na konsultacje do Niemiec. Pod jego redakcją w 2011 roku powstaje znakomity poradnik „Dziecko z wadą serca”. Cały dochód ze sprzedaży idzie na pomoc dzieciom.

- W Prokocimiu śmiali się, że się „kumam” z rodzicami – zamyśla się profesor. – Ja po prostu potrafię wczuć się w sytuację człowieka, który ma śmiertelnie chore dziecko. Lubię z nimi rozmawiać. Wszystko wytłumaczyć. Rodzic jest bardzo ważny w procesie leczenia. To on podaje leki, obserwuje dziecko. Ma czasem więcej wiedzy na jego temat niż niejeden lekarz. Jest dla mnie partnerem i staram się mu ufać.

Krzyż 

Córka prokuratora Jacka Wygody Monika umrze 14 lutego tego roku. Jej sprawą zajmie się Europejski Trybunał Praw Człowieka.

Prezydent Bronisław Komorowski odznaczy Edwarda Malca Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski – Polonia Restituta. To skłoni jednego z posłów PO, Mariana Cyconia, do poruszenia w Sejmie bolączek polskiej kardiochirurgii. „Apeluję – powie poseł – abyśmy wspólnie zastanowili się, jak doinwestować nasze kliniki i jak zatrzymać w nich najlepszych lekarzy”.

Bujak profesora zniknął z oddziału.